Życie na portalach randkowych zamarło na przekór wiośnie. Cóż, sztuka smartfonowego flirtu szybko się nudzi, bo ileż można czatować, jeśli szanse na konsumpcję znikome. Randka jako wydarzenie publiczne straciła na jakiś czas bytu. Jak się chciało kulturalnie, czyli przy kawie i ciastku, to nie było gdzie. Krzaki długo liści nie miały, a argument że to nie zgromadzenie, mogło nie przekonać służb mundurowych. Chyba że byliśmy gotowi udowadniać, że mamy cel rekreacyjny i od tego zależy nasza kondycja psychiczna.

Nie łatwiej poszło tym, co to ubiegli kwarantannę i zdążyli się sparować przed 31 marca. Niestety, nagła izolacja dotknęła zarówno początkujących, jak i zaawansowanym stażem. Tych pierwszych należy rozdzielić demarkacyjną linią wieku.

Ci których na trzy tygodnie dosięgnął zakaz samodzielnego wychodzenia z domu, mogli się poczuć jak bohaterowie drętwego dramatu przebijającego „Roszpunkę”, gdzie i ona, i on siedzą uwięzieni w wieży.

Ani tam rumakowania, ani popisowych ucieczek po murze. Tym, którzy mieli już szczęście pełnoletności wbite do dowodów, pozostały akcje partyzanckie: a to w kolejce pod pocztą, a to w drodze do najdalszej apteki w mieście, nie mówiąc o dreszczyku przekazywania sobie dezynfekowanych wózków pod marketem. Czyż to nie wyjątkowa lekcja języka miłości? Ile może powiedzieć spojrzenie z odległości dwóch metrów lub muśnięcie dłoni w lateksowej rękawiczce! A jeśli to mało, zawsze można było zastosować strategię Czerwonego Kapturka i dostarczać sobie zakupy w koszyczku, podszywając się pod wolontariusza.

Na szczęście w czasach zarazy na pomoc miłości przychodzi internet.

Jeśli nasi dziadkowie i pradziadkowie pisali do siebie listy, które ocalały uczucia od zagłady w gorszych okolicznościach, to czemu my nie mamy znaleźć ratunku w sieci? Jeśli miłość wymaga pielęgnacji zdalnej, mamy okazję rozwinąć zdolności językowe i ekspresję emocjonalną wykraczające poza „elo”, „XD” i emotki. Co więcej, wzrasta nasz poziom elokwencji na videoczatach, doskonalimy techniki selfie, a w snapach, memach i tiktokach stajemy się wirtuozami. Budowanie bliskości na odległość nie musi być absurdem. To pewien etap, wyzwanie i próba. Jeśli nie przejdziemy jej teraz, nie ma co zawracać sobie głowy.

Zupełnie inaczej sprawy się mają, jeśli zamieszkuje się legalnie pod jednym dachem. To prawdziwy test wytrzymałościowy. Dach przechodzi również swój test – może się okazać, że nie daje optymalnej przestrzeni życiowej i coś w końcu wybuchnie… Czy miłość? Socjolodzy twierdzą, że odpowiedź przyniosą nam za jakiś czas nie bociany, ale statystyki rozwodów. Nie ulegajmy jednak ponurym proroctwom. Są z pewnością sposoby na to, aby
walka z niewidzialnym wrogiem bardziej podsycała, a nie gasiła ogień miłości w czterech ścianach. Zapytajmy tych, którzy już mają ten sam adres i nie zapominają swoich rocznic, bo ich jeszcze nie mają. Tej wiosny dostali w gratisie już dwa miesiące miodowe, w pełnej zgodzie z
#zostańdwdomu, bez marnowania urlopu, a przy odrobinie szczęścia nawet ze zwolnieniem z ZUS!

Takiej miłości w czasach zarazy nie mógł wymyślić sam mistrz Marquez. To gratka dla tych, którzy niezależnie od tego, czy tęsknią za czyjąś obecnością czy nieobecnością, mają odwagę chwycić za klawiaturę i… napisać drugą część bestsellerowej powieści. A ponieważ mamy stan nadzwyczajny, dlaczego fabuła nie miałaby rozegrać się w Mrągowie? Dobre historie miłosne rozchodzą się po świecie szybciej niż wirusy.