Ostatnie tygodnie dały mi popalić. Zawsze byłam „sportowym świrem”, więc na wieść o kilku tygodniach odpoczynku od szkoły poniosła mnie euforia. W końcu! Dodatkowe treningi w ciągu dnia to jak szóstka w totka, prawda? Zalet mogłabym wymieniać w nieskończoność: poprawa humoru, lepsze samopoczucie, odreagowanie ciężkiego, depresyjnego życia, sprawność fizyczna, która wejdzie o level wyżej.

Zaplanowałam sobie godzinę cardio dziennie na spalenie tkanki tłuszczowej, żeby móc założyć nowe bikini, w którym aktualnie wyglądam jak foka wyrzucona na brzeg.

Do tego dwie godziny machania hantlami – w końcu jako silna niezależna kobieta sama muszę być w stanie otwierać słoiki. Przed snem joga i medytacja – w końcu nie mogę zachować się tak, jakby przez cały miesiąc rządził mną zespół napięcia przedmiesiączkowego. Plan wspaniały, prawda? Również byłam nim zachwycona.

Na początku szło mi całkiem nieźle, lecz pewnego dnia ni stąd ni zowąd na scenę wszedł NETFLIX.
Oto on: pogromca naiwnych marzeń i planów. Złodziej cennego czasu. Zabójca naszego ja. Przez niego moje treningi nabrały zupełnie innego wymiaru i totalnie mną zawładnęły. Można się zresztą domyślić jak. Chciałabym móc powiedzieć, że nie było aż tak źle. Ale owszem. Było i jest.

„Netflix zdecydował się obniżyć jakość swojego streamingu w Europie na 30 dni. To odpowiedź na prośby dostawców usług internetowych, którzy skarżą się na przeładowania sieci w związku z panującą pandemią koronawirusa”.

Jak widać nie tylko na mnie nakaz #zostańwdomu wywarł taki wpływ. W ostatnim czasie wzrost korzystania z sieci wyniósł 50%! Wiele osób, w szczególności młodych, w celu zabicia czasu sięga po proste źródła rozrywki takie jak seriale, bądź filmy, które skutecznie odciągają ich umysł od wymagających większego zaangażowania aktywności. Nie ma się co dziwić. Na co dzień pochłaniają nas inne obowiązki, których nie jesteśmy w stanie przeskoczyć, takie jak praca czy szkoła. Zmęczeni nieustanną gonitwą, wyścigiem szczurów, monotonią codzienności nie możemy się doczekać chwili wytchnienia. I oto ją mamy: zakaz wychodzenia z domu, chyba że to konieczne. Zakaz spotykania się z ludźmi, chyba że z zachowaniem odległości minimum dwa metry od siebie. Zakaz wyjazdu do babci czy za granicę, chyba że służbowo. Los nas wysłuchał, lecz niekoniecznie dobrze zinterpretował nasze prośby.

Co teraz zrobić z nadmiarem wolnego czasu? Możliwości jest multum.

Nauka nowego języka, żeby zaimponować kraszowi, który właśnie ci napisał, że kręcą go poliglotki. Nauka gry na instrumencie, żeby wkurzyć sąsiada, który upodobał sobie koszenie trawy o czwartej nad ranem. Upichcenie nowego dania, bo na razie twoje umiejętności nie wykraczają poza zrobienie jajecznicy (która swoją drogą wychodzi zbyt sucha). Przeczytanie książki, bo ostatnie co przeczytałeś to dwie strony „Krzyżaków” w gimnazjum. Podszkolenie się w rysowaniu, bo nawet patyczak krzywo ci wychodzi. Wymieniać można w nieskończoność. Mój wybór padł na sport, który skończył się gniciem z Netflixem. Nie tylko moje postanowienia tak się posypały. Najczęściej widzianymi przeze mnie postami na facebooku w ostatnim czasie są: prośby o polecenie wciągającego serialu, pytania o najlepsze filmy na Netflixie, bo na HBO wszystko obejrzane, a także wątpliwości co do wyboru następnego filmu, bo może by coś tak romantycznego? W tym przypadku również mogłabym wymieniać dalej, lecz nie ma co narzekać, wszystko leży w naszych rękach, a zwłaszcza… pilot!

Mam nadzieję, że udało mi się wystarczająco was zmotywować, gdyż teraz czeka mnie mój wieczorny fitness z Netflixem. Tylko skoczę po nachosy.